Dieta! Dni 4, 5, 6

Muszę powiedzieć, że nie jest lekko, ale też nie jest źle.

Waga zatrzymała się na 77,3 i to, uważam, jest nieźle.

Ale dopadła mnie nuda kulinarna. Dokoła zapachy, restauracje, grille, a ja tak patrzę i nie wiem co bym zjadł. Z drugiej strony w sklepie czytam dokładniej etykiety (zawsze je czytałem, ale teraz robię to w stylu strajku włoskiego) i załamać się można, śladowe ilości glutenu czają się nawet w ksylitolu (sic!), no i chemia… Pełno chemii wszędzie.

Grzeszki:) Zdarzyły się nie powiem. Np. na spacerze z dziećmi dziecku ciekł lód – no oblizałem no… więc mleka trochę wpadło. W chwili głodu objadłem się sera (koziego i owczego) i tu porada dla osób cierpiących na uchyłki – nie róbcie tak, uchyłki się uaktywniają i musiałem łyknąć przeciwbólowy. Poza tym dziękuje, wszystko w porządku.

W ramach nudy kulinarnej zrobiłem marchewkę po koreańsku (w Korei nie słyszeli o takiej oczywiście). Marchew ściera się na rozmiar spaghetti, dodaje się ocet (nie może być jabłkowy – dałem ryżowy), cukier (dałem ksylitol i rodzina się nie skapnęła – żona mi zaraz przeczyta i powie, że ona czuła, że coś nie tak:), sól (dałem mniej), miazgę czosnkową i mieloną kolendrę. Mówię wam – pycha. Ponieważ miałem mało marchewki dopełniłem masę startym batatem (papatem? patatajem?). Jak znajdę pasternak to z pasternaku też zrobię.

Dziś, czyli w dniu szóstym było ciężko, zjadłem śniadanie: twaróg kozi z oliwkami (bez pestek – skład: oliwki, woda, sól – co ciekawe jak weźmiecie z jakimś dodatkiem tylu papryka to dochodzi wiadro chemii) i cebulą. Potem dojadłem po dziecku sorbet z soku wyciskanego z czarnej porzeczki i maliny i… zaczęła się przymusowa głodówka, ponieważ wybraliśmy się do Zoo. Tam naprawdę jest niewiele do jedzenia. Jest jedno miejsce, które proponuje pieczone ziemniaki i karkówkę, ale znalazłem to jak już wychodziliśmy, a tak to gofry, lody i inne kombinacje mleka i mąki. Co ciekawe głód w pewnym momencie minął, przyczaił się i schował, zaatakował dopiero koło 18.00 więc kolację pożarłem!!
Na szczęście była sałatka Coleslaw (czy coś w tym stylu) więc objadłem się kaloriami półujemnymi:)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blogurecznik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *