Dieta! Dzień sam już nie wiem który.

Minęło ładnych kilka dni. Czas na pewne podsumowanie. W końcu trochę się działo.

Zacznijmy od grzechów:
1. Zdarzyło mi się zjeść trochę lodów (brzoskwiniowo bananowych) skład nieznany, ale zakładam, że spożyłem trochę krowiego mleka.
2. Kilka razy wypiłem o jedną kawę za dużo, ale znalazłem na to sposób, piję kawy mniejsze i słabsze, aby bilans całodzienny wyszedł taki jak powinien.
3. Zjadłem za dużo mięsa, a za mało warzyw będąc w Gdańsku, dokładny opis wycieczki tu.
4. Napiłem się Kwasu Chlebowego – takiego z beczki, niby fajnie, ale: była słodki (a nie powinien być) i zdecydowanie poczułem, że zawiera alkohol – przez 15 minut moje samopoczucie było na zdecydowanie niskim poziomie.

Stan psychofizyczny – bardzo dobry! Energia i moc – też.
Czuję się dobrze i zdecydowanie nie głoduję. A tymczasem waga:
75,5 kg. Ładnie. Jeszcze 6 i będę tam, dokąd kupiłem bilet.

Ale jest też ciemna strona:
Stolce. Przy takich ilościach błonnika powinny być jak marzenie, ale nie. Mam rozwolnienie. Dzień w dzień stolec jest jak woda. O co chodzi? Czyżby jednak potrzebne było jakieś żyto lub inne ziarna?

Kolejna sprawa to zagadka gazów. Zanim przeszedłem na dietę zdarzały mi się takie gazy (kilka razy dziennie), że wyganiało z domu rodzinę. No koszmar. Myślałem, że to właśnie ziarna i mąki. Ale nie. To były cukry. Gazy zniknęły jak zacząłem stosować ksylitol. Wróciły jak objadłem się słodkich owoców. Ot, ciekawostka.

Zakończyłem procedurę odrobaczania – apetyt na słodkie rzeczy nieco mi zelżał – sugestia? Czy realna korzyść?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blogurecznik. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *