Jednodniowa wycieczka.

Trochę nam się wakacje nie udały, więc zaplanowaliśmy jednodniowy wypad do Gdańska (Jarmark Dominikański) i Gdyni (akwarium). Policzyłem ile to będzie samochodem: około 320 złotych w obie strony (z autostradą i parkingiem). Nie drogo. Ale pociągiem szybciej. Więc, aby zmaksymalizować nasz czas pobytu oraz zminimalizować moje zmęczenie – wybraliśmy pociąg. W końcu jak strasznie może być? Te negatywne opinie może są przesadzone, a pozytywnych też przecież jest sporo.

Najpierw bilety! Najlepiej on-line, przecież nie będę jeździł na dworzec dwa razy. I tu pierwsze złe wrażenie: ceny. Każdy pociąg kosztuje inaczej i ma inny czas przejazdu. Chciałem wybrać taki co jedzie krótko, ale nie jest drogi… Ciężka sprawa. Najtaniej (2 osoby dorosłe, 2 dzieci szkolnych i 1 z darmowym biletem – razem 160 złotych – bystre oko, od razu widzi, że kwota równa się z kwotą przejazdu autem. Niestety droga powrotna wyszła dużo drożej, DUŻO DROŻEJ: 380 złotych. Nie zapominajmy o zniżce za bilet rodzinny. Te ceny są ZE ZNIŻKĄ.

Jakim cudem podróż pociągiem w jedną stronę przewyższa koszt podróży w obie strony autem? Przecież w aucie jest 5 osób. A w pociągu ile? 300? Oczywiście wiem, tak, rozumiem, pracownicy, infrastruktura, kłopoty finansowe PKP itp. Ale wszystko jedno: koszt transportu zbiorowego NIE MOŻE przewyższać kosztu transportu indywidualnego.

No dobra, odżałowałem, kupiłem.
Wstaliśmy bladym świtem, pojechaliśmy na dworzec i do pociągu. Ale na tablicy go nie było. Co się okazało, ma opóźnienie 25 minut. I tak wsiedliśmy do „dawnych czasów” z opóźnieniem, które w końcu wyniosło ponad 50 minut. Rozejrzałem się uważnie, ostatni raz jechałem pociągiem ze dwadzieścia lat temu i zdecydowanie był to ten sam wagon! Tapicer wymienił kanapę, a konserwatorzy unurzali cały wagon w olejnej farbie (trochę odłażącej), a już toaleta nic się nie zmieniła, chociaż nie, przepraszam, teraz jest papier i leci woda. W moim aucie jest brudno, dzieci nad tym regularnie pracują, ale pod siedzeniami nie latają śrubki i dziwne rurki.
No i na koniec jeszcze kontrola biletów. Konduktor chodził koło naszego przedziału dwa razy zaglądając i nie wchodząc. W końcu przyszła babeczka z pytaniem czy były sprawdzane bilety, szkoda, że powiedziałem prawdę. Podałem jej moje wydrukowane bilety, zabezpieczone koszulką. Pani zaczęła się szarpać z nimi, gniotąc je lekko. Zwróciłem jej uwagę, że mam tam jeszcze bilet powrotny i sam wyjąłem zawartość. Stwierdziłem przy tym, że nie przypuszczałem, że do skanowania kodu potrzebne jest wyciąganie biletu. Pani obcesowym tonem oznajmiła, że i tak musi „skasować” bilet, a czytnik kodów jej się zawiesił. Generalnie jej ton i zachowanie pasowało do epoki wagonu, oj pasowało.

Wreszcie Gdańsk, wysiedliśmy z ulgą. Kicha, bo trochę kropiło, ale obeszliśmy starówkę – jak zwykle najpiękniejszą na świecie. Cudnie. Gdańsk kocham miłością pierwszą. Trochę rozczarowała mnie strefa kulinarna – dużo produktów litewskich, naszych góralskich, ale reszty mało, jednostkowe budki z innych krajów. Karkówka (30 złotych za kawałeczek) niby smaczna, ale na grillu ją lekko przesuszyli.
Naciąłem się też na tańczące myszki. Zawsze było mi żal na to pieniędzy. Ale teraz dzieci oglądały i tak się cieszyły, pan tłumaczył, że to działa na magnesy. Ech co tam, kupiłem. Niniejszym wyjaśniam (jeśli ktoś nie wie – jak ja nie wiedziałem): nie ma żadnych magnesów, myszki wiąże się na żyłce i machając palcem wprawia je w ruch – podpucha i tyle. Nauczka na przyszłość.

Potem polecieliśmy do SKM. Kupiliśmy bilety w kasie i pędem wpadliśmy do pociągu. A tam niespodzianka – kasowniki zostały na peronie. Pewnie wiele osób o tym wie, ale ja nie wiedziałem – jak dla mnie, przeczy to prawom logiki. Kasownik powinien być w pojeździe, ale co tam, można skasować u konduktora i zapłacić (pozytywne myślenie, pozytywne nastawienie: pociąg jest do połowy pełny!). Pobiegłem do konduktora – drzwi zamknięte. Pukam, nic, cisza. Wysiadając odsprzedaliśmy bilety chętnym.

W Gdyni się zaczęły schody. Siła wyższa. Deszcz. Lunęło. Ale, narzuciliśmy przeciw-deszczówki i: NIC nas nie powstrzyma przed zwiedzaniem! A jednak: nadmierne opady zagoniły ludzi do akwarium gdyńskiego – kolejka była taka, że nie weszliśmy. Za to ORP Błyskawica! Obejrzeliśmy dokładnie  (a że ktoś otworzył zamknięte zwykle drzwi to zwiedziliśmy też strefy zakazane). W międzyczasie zjedliśmy paskudny kebab (mięso było jakby poprzerastane łojem i słabo przyprawione). I zrobiliśmy nalot na budki z chińskimi pamiątkami z Polski. W końcu zmęczeni poszliśmy na dworzec. Pociąg podjechał już inny (za te pieniądze żadna łaska). W środku czysto, miło, kelnerzy biegają z jedzeniem. Miły i uczynny konduktor najpierw spróbował zeskanować mój bilet w koszulce, a dopiero jak się nie udało delikatnie wyjął.

Wnioski i oceny (w skali szkolnej 1-6):
Gdańsk: 6
Jarmark Dominikański: 5+
Gdynia: 6
PKP Intercity w tamą stronę: 2
PKP Intercity w tę stronę: 5
PKP Intercity ceny: 1
Pogoda: 2
Ogólnie koszt biletów to 540 złotych. Autem 32o. Dlatego w przyszłym roku pojedziemy autem, a te 220 złotych różnicy wydamy na nocleg. I wilk syty i owca cała – ale pasterz już kasy nie dostanie.

Rzekłem!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blogurecznik i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *