Dieta! Ostatnie dni i ostateczny koniec!

Dieta Lwowska

No i stało się. Załamanie diety! A zaczęło się niewinnie. Od wyjazdu.

Co roku staram się jeździć do Lwowa, jako, że mam tam teściów. Pytanie poważne brzmi zatem: jak być bezglutenowym w kraju, który jest jednym z największych producentów pszenicy na świat? W kraju, w którym króluje mąka (pod postacią wszelaką) mleko zagęszczone i inne takie.

Na początek postanowiłem jeść ryby – w końcu Morze Czarne proponuje więcej gatunków, w tym mniej hodowlanych. Zatem makrela w postaci wędzonej na zimno i solonej (jak śledź bez głowy) weszły mi gładko. Z sałatkami już nie szło tak dobrze, ponieważ moja teściowa lubi kombinację ogórek plus pomidor (zorientowani wiedzą, że to nie najzdrowsze połączenie – a ja osobiście nie cierpię takich kombinacji – nie mój smak!)

Nie wziąłem też ze sobą ksylitolu, więc z bólem wróciłem do cukru – za to śladowych ilości.

Wszystko szło relatywnie dobrze.

Pewnego razu patrzę: w kuchni leżą płaty: dorsza chyba. Obejrzałem się na minutę, a one magicznie obtoczyły się w mące, co było robić, strzelić focha?… Zjadłem.

Tu wyrażę moje zdziwienie: okazuje się, że to (tylko?) polska mąka działa wzdymająco… Chemia? Hormony? Jakaś konkretna odmiana? Można gdybać.

No to zrobiłem sobie odpust. Chałwa? Proszę! Najlepsza słonecznikowa, miód malina! Tłuszcz i cukier! Ciasteczko, cukierek, wafelek? Czemu nie. No i oczywiście opiłem się kwasu chlebowego – a więc też cukier, gluten itp…

Ale po wstępnym szaleństwie wróciłem do umiaru. Nie nażreć się do pełna. Nie przesadzić. I tak po powrocie nadal warzę 75 kg. Czyli nada o 5 za dużo. Ale pokus już mniej. Da się? Da się!

Dygresja mleczarska:

We Lwowie znalazłem na bazarku mleko kozie. Za 2 litry zapłaciłem jakieś 8 złotych co na ich warunki jest bajońską sumą. Na nasze nie skomentuję. Mleko mi smakowało. Do tego dokupiłem zakwaskę:

Po dodaniu zrobiło się zsiadłe mleko. Nigdy nie lubiłem, ale to mi smakuje. U nas sprzedają podpuszczkę. Ciekawe czy ma tyle szczepów tylu bakterii?

Dygresja druga:

Ostatnio koleżanka trafiła na lekarkę, która skutecznie wyciągnęła jej dziecko z alergii. Ciekawym sposobem. Po pierwsze suplementacja probiotykiem (unikając streptococcus), przyjmowanym wieczorem przed snem. Po drugie dziecko ma jeść warzywa i owoce pilnując, aby każdego dnia zjeść po jednym z każdego koloru tęczy. Interesujące.

Dieta! El Grande Finallo!

Nie będę się rozpisywał zanadto, skończyłem, objadłem się po kokardę różnych rzeczy – taka forma świętowania – i teraz ledwo się ruszam.

Waga: 74,5.

Poziom zadowolenia z diety: 80%

Samopoczucie: 90% (koniec wakacji pogarsza nieco)

Kwestie jelitowe 40% (jeśli nie biorę bakterii to nie jest dobrze)

Wnioski:

  1. Jedzenie po zaburczeniu i do pierwszego beknięcia jest skuteczną metodą regulującą wagę!

  2. Ograniczenie kawy nie wpłynęło w żaden sposób na samopoczucie, nie wiem czy wpłynęło jakoś na zdrowie.

  3. Ksylitol mi się spodobał, polecam. Żeby jeszcze był tańszy.

  4. Mąka pszenna w Polsce nie nadaje się do spożycia – przynajmniej w przypadku mojej osoby! Pszenica = gazy!

  5. Ważną kwestią jest obserwowanie swojego organizmu – i nie jest to wcale takie łatwe jakby się wydawało.

  6. Po odrobaczeniu łaknienie słodyczy i cukru zelżało.

  7. Przejedzenie (nawet lekkie) = zgaga i refluks.

Dziś już wiem, że tę metodę będę starał się przerobić na styl życia. Oczywiście dzisiaj trwa impreza. I potrwa, oj potrwa!

Mogę z czystym sumieniem polecić.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blogurecznik i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *